Dołącz do czytelników
Brak wyników

Terapia behawioralna

24 września 2018

NR 7 (Wrzesień 2018)

Rola kary w pozytywnym szkoleniu psów – CZ. I

0 343

W naszych domach żyje coraz więcej czworonogów, w związku z czym, siłą rzeczy, mamy też z nimi więcej problemów. Jak sobie z nimi radzić? Szkoły są dwie – szkolenie tradycyjne i pozytywne, przy czym ich podejście do karania zwierząt jest diametralnie różne.

Niedawno zadzwoniła jedna z naszych klientek z pytaniem, jak ukarać psa, który coś przeskrobał. Kiedyś pomagaliśmy jej z problematycznym kotem, a teraz do domu, gdzie mieszka dwoje dorosłych ludzi, dwoje małych dzieci i trzy koty, trafiła Kora. Szczeniak, jak to szczeniak, był słodki i rozkoszny, ale już w pierwszych dniach pobytu w nowym domu dość wyraźnie zaznaczył swoją obecność. Pogryzione meble, przerażone koty, które mimo złej pogody nie chcą wracać do domu, zasikane zasłony i regularnie oddawany kał w zacisznym miejscu salonu (za kanapą) – to jeszcze nic. Najgorsze z tego wszystkiego okazało się gryzienie. Trzymiesięczne szczenię (jednej z większych ras) było już słusznych rozmiarów i wagi, więc w ciągu kilku pierwszych tygodni pobytu stało się istnym utrapieniem dla całej rodziny. Pogryzieni i wyszczypani zębami rodzice i starszy syn dzielnie znosili „zabawy” psa, jednak miarka się przebrała, kiedy pies ugryzł roczne dziecko w nos. Kiedy usłyszałem słowa zrozpaczonej kobiety: „mam problem z pieskiem”, wiedziałem, że dzieje się coś niedobrego. Jakoś tak się składa, że stwierdzenie „mam problem z pieskiem” zawsze wróży kłopoty. Co innego, kiedy ktoś dzwoni i mówi, że ma problematycznego psa lub martwi się o swojego kota. W takich przypadkach zwykle jest szansa na rzeczową rozmowę, natomiast stwierdzenie „mam problem z pieskiem” często oznacza dużego psa, agresywnego lub nadmiernie pobudzonego, i bezradność opiekunów. Faktycznie w tym przypadku opiekunowie psa byli zagubieni. Próba znalezienia porad w internecie skłóciła rodzinę, ponieważ każdy znalazł własny „złoty środek”, i zaczęły się eksperymenty, które tylko pogorszyły sytuację. Następnym krokiem było wykonanie telefonów do hodowców tej rasy, którzy z eksperckim zacięciem tłumaczyli, że należy bić psa, aż zrozumie, że źle robi, lub przynajmniej uderzać go w pysk gazetą za każdym razem, kiedy będzie się brał do podgryzania. Bicie nie wchodziło w rachubę, a próby uderzania gazetą po pysku stały się dla Kory okazją do świetnej zabawy w podchodzenie, prowokowanie i uciekanie w najdalszy kąt domu na pełnej prędkości. Efekty były mierne, poproszono więc fachowca o ocenę sytuacji i poradę, jak sobie radzić z psem. Specjalista przycisnął psa do ziemi, wykonał „alpha roll”, czym tylko go rozjuszył. Małżeństwo było zdesperowane, mając przed sobą perspektywę kilkunastu lat nieustannej męczarni z psem, kotami i dziećmi. Byli już prawie w takiej sytuacji jak psy ze słynnego eksperymentu Martina Seligmana i Stevena Maiera – tylko krok dzielił ich od rezygnacji i wyuczonej bezradności. W całej tej sytuacji zastanawiające było to, że nikt nie był w stanie zaproponować opiekunom sposobu postępowania innego niż karanie, polegające na zadawaniu bólu i stosowaniu przemocy fizycznej wobec szczeniaka. Nawet ci, którzy początkowo temat karcenia omijali szerokim łukiem, po pewnym czasie, zdesperowani brakiem sukcesów, również wybierali drogę na skróty, proponując przyciskanie psa do podłogi lub uderzanie po pysku.


Szkolenie pozytywne vs. szkolenie tradycyjne

Dlaczego szkolenie psów wciąż budzi tak wiele kontrowersji i emocji? Jedną z przyczyn jest to, że w naszych domach żyje coraz więcej czworonogów, czemu towarzyszy szybki rozwój rynku produktów żywieniowych i akcesoriów. Dzisiaj o wiele łatwiej niż kiedykolwiek w przeszłości kupić bądź zaadoptować psa. Wiąże się to nieuchronnie z rosnącą liczbą zwierząt, a w szczególności tych, które sprawiają problemy opiekunom. Jeśli dodać do tego niezliczoną ilość seminariów, konferencji i kursów o tematyce zwierzęcej oraz rosnące jak grzyby po deszczu szkoły dla psów, można śmiało powiedzieć, że liczba specjalistów od psiego zachowania zbliża się do liczby ekspertów od leczenia czy polityki. Każdy z nas, kto interesuje się szkoleniem, zetknął się na pewno z terminem „szkolenie tradycyjne” i stojące w opozycji do niego „szkolenie pozytywne”. Szkolenie tradycyjne, wywodzące się ze szkolenia psów wojskowych i policyjnych, w 1910 r. po raz pierwszy zostało ujęte w formie podręcznika przez płk. Konrada Mosta, a następnie w latach 60. ubiegłego stulecia przez Williama Koehlera. W latach 80. ten rodzaj szkolenia i wiele przedziwnych pomysłów szkoleniowych spopularyzowała, jak byśmy ją dzisiaj nazwali, celebrytka telewizyjna, Barbara Woodhouse, po niej zaś pojawili się mnisi z New Skete, a dzisiaj prym wiedzie znany wielu osobom Cesar Millan, by wymienić parę głośnych nazwisk. Szkolenie metodą tradycyjną nie widzi nic złego w tzw. korekcji zachowania i we wdrażaniu metod opartych na hierarchii stada, które często są pozbawionym naukowych podstaw usprawiedliwieniem stosowania mniej lub bardziej brutalnych metod postępowania z psami. Z drugiej strony mamy szkołę opartą na naukowych podstawach, która wykorzystuje wiedzę na temat tego, jak uczą się ludzie i zwierzęta, w tym, oczywiście, psy. Początki badań nad procesem uczenia się przez warunkowanie sięgają końca XIX w. (Iwan Pawłow) i pomimo że prowadzono je intensywnie przez cały XX wiek (Edward Thorndike, John Watson, B.F. Skinner i inni) i większość eksperymentów przeprowadzano z wykorzystaniem różnych gatunków zwierząt, to nie wykorzystywano tej wiedzy w szkoleniu psów. Jak piszą Mary R. Burch i Jon S. Bailey w How Dogs Learn, dopiero w latach 80. XX wieku 
nastąpiło przesunięcie paradygmatu w kierunku szkolenia psów metodami pozytywnymi, a nie obliczonymi na złamanie psa. Jak to zwykle bywa, nauka o zachowaniu ludzi czerpie z doświadczeń na psach, a nauka o zachowaniu psów jest nierzadko odwzorowaniem pewnych procesów i procedur wdrażanych u ludzi. Podobnie z terapią i szkoleniem. Autorzy dopatrują się podobieństw w podejściu do leczenia zaburzeń psychicznych, a mianowicie po odejściu od terapii szokowych i od wykorzystania bodźców awersyjnych w leczeniu ludzi tego samego zaczęto próbować w szkoleniu psów1. To wtedy przypomniano sobie Skinnerowską koncepcję uczenia się, prawo efektu Thorndike’a, które z upływem czasu wzbogacono o odkrycia m.in. Alberta Bandury (nawiasem mówiąc, krytyka klasycznego behawioryzmu), Abrahama Maslowa czy Jaaka Pankseppa i wykorzystano je do treningu psów, nie mówiąc o wielu innych i nie zapominając o praktyce szkoleniowej i dokonaniach Karen Pryor czy Iana Dunbara.

Tradycyjnie, naturalnie, pozytywnie czy bezstresowo?

I właśnie Karen Pryor w latach 80. i 90. ubiegłego wieku spopularyzowała termin „szkolenie klikerowe” i „trening klikerowy”, często określane jako „szkolenie pozytywne” lub szkolenie z wykorzystaniem pozytywnych wzmocnień. Nie możemy jednak zapominać, że wciąż opieramy się na warunkowaniu, zwłaszcza instrumentalnym, które dzisiaj stało się punktem wyjścia dla nowoczesnych metod treningowych. Sam termin „szkolenie pozytywne” jest trochę niefortunny, szczególnie mylący bywa dla wyznawców różnego rodzaju tradycyjnych metod szkoleniowych, które – oprócz stosowania przemocy – często próbują nazwać coś, czego naukowo nie da się zbadać i udowodnić. Mamy więc trenerów wykorzystujących tajemniczą, im tylko znaną energię i porozumienie z psem na poziomie mistycznym czy metafizycznym, ulotnym na tyle, że wymyka się to wszelkiego rodzaju eksperymentom naukowym. Mamy szkoły wykorzystujące tzw. metody naturalne, gdzie podstawą są zachowania wilków obserwowanych w naturze i wykorzystywanie tego w treningu, choć nie stoi za tym żadna teoria czy rzetelne badania, a je...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań czasopisma "Animal Expert"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych numerów czasopisma w wersji elektronicznej
  • Zniżki na konferencje i szkolenia
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy