Dołącz do czytelników
Brak wyników

Okiem eksperta

21 września 2021

NR 25 (Wrzesień 2021)

Wypalenie zawodowe w praktyce behawiorysty

0 35

„Cóż za cudowna praca – chodzić po domach i głaskać koty! Jak ja ci zazdroszczę!”. Te zdania słyszałam wielokrotnie przy różnych okazjach. Niestety, świadczą one o tym, że praca behawiorysty jest przez szerokie grono osób zupełnie niezrozumiała, a odpowiedzialność, która spoczywa na specjalistach, zostaje przysłonięta przez wizję pracy ze słodkimi pupilami. Tymczasem prawda wygląda zgoła inaczej.

„Bardzo kocham koty, chciałabym z nimi pracować, jak to zrobić, by zostać kimś takim jak Pani?" – jest to pytanie, które także bardzo często słyszę. Niestety – same chęci i miłość do zwierzaków nie wystarczą. Ja moją przygodę z kotami zaczęłam 20 lat temu, ale to nie oznacza, że od razu mogłam tytułować się kocim behawiorystą. Najpierw były problemy z moim własnym kotem Stefanem (piszę o nich szerzej w mojej drugiej książce, Stefan… czyli historia (z) przypadku), następnie poszukiwanie informacji w książkach, potem policealne technikum weterynaryjne i egzamin zawodowy, potwierdzający moje kwalifikacje i nadający mi państwowe uprawnienia w 2012 roku. Od tego momentu nieustannie się szkolę, rozwijam i poszerzam swoje kompetencje, bo w tej profesji nie wolno osiadać na laurach. Teoria musi łączyć się z praktyką, doświadczenie z wiedzą, a to wszystko musi być wsparte nowinkami ze świata zwierzęcej medycyny (nie tylko tej okołopsychiatrycznej) oraz iść w parze nierzadko z postępowaniem dietetycznym. W przeciwnym razie moja praca byłaby niepełna. Kiedy więc ktoś zadaje mi takie pytanie, odpowiadam: łączyć naukę teoretyczną z faktyczną pracą z kotami, np. w ramach wolontariatu w fundacji czy schronisku, poprzez prowadzenie domu tymczasowego lub też przez jakiś inny kontakt z możliwie dużą grupą zwierząt. I nie zawsze chodzi tu o zwierzaki stricte problemowe, ale po prostu o pewne obycie z nimi, poznanie ich reakcji, różnorodności, o przełożenie wyczytanych informacji na prawdziwe życie. Jeden kot nie nauczy nas kociego behawioru, tak samo jak jedna książka nie zapewni nam szerokiej wiedzy o świecie – choćby była najlepszą encyklopedią, jaka istnieje.
Tymczasem, w dobie internetu i łatwo dostępnych kursów prowadzonych na odległość, w zasadzie każdy może zapisać się na szkolenie dające mu po zakończeniu tytuł behawiorysty. Problem bowiem polega na tym, że behawiorysta w polskim systemie prawnym nie figuruje na liście zawodów, przez co nie ma żadnych odgórnych norm ani wytycznych, które musi spełnić człowiek używający takiego tytułu przy swoim nazwisku. Owszem, takie wytyczne są ustalone dla zoopsychologa. Ale dla behawiorysty nie. A to z kolei daje ogromne pole do nadużyć, na których mogą ucierpieć nie tylko ludzie, ale przede wszystkim zwierzęta.
 

POLECAMY

Czy wiesz, że...

Behawioryzm zwierzęcy nie jest miłą, łatwą i przyjemną dziedziną. Co więcej – na specjaliście spoczywa gigantyczna odpowiedzialność. Nasza zła ocena, nieprawidłowe zalecenia czy zbagatelizowanie pewnych kwestii może bowiem w skrajnych przypadkach kosztować zwierzaka zdrowie, a nawet życie.


Internet przyjmie wszystko

Jakkolwiek uważam internet za jedną z najważniejszych zdobyczy ostatniego ćwierćwiecza, to jednak mam wrażenie, że bywa on niebezpiecznym miejscem. W sieci pojawiają się bowiem niezliczone informacje, które przez nikogo nie są weryfikowane, a jednocześnie pisane z poziomu niemal eksperckiego. Czytając takie materiały, redagowane z ogromną pewnością, bez dopuszczania przez autora możliwości popełnienia błędu, szukający informacji opiekun może natrafić na rzeczy nie tylko nieprawdziwe, ale wręcz szkodliwe. Wykorzystując tego rodzaju porady w dobrej wierze, doprowadza przez to do pogłębienia problemów swojego zwierzaka, a gdy decyduje się wreszcie na kontakt ze specjalistą, często sprawa jest o wiele bardziej poważna i zawiła, niż miało to miejsce przed zastosowaniem serii rad domorosłych ekspertów.
Szczególnym przykładem takiego działania są rozpowszechnione w social mediach grupy tematyczne, poświęcone opiece nad zwierzętami. Administrujące nimi osoby, często nieposiadające żadnych podstaw naukowych ani kompetencji w profesji behawiorysty, z absolutnym przekonaniem o własnej nieomylności forsują pewne teorie, zaprzeczając innym, nawet jeśli to, z czym się nie zgadzają, ma silne podstawy w badaniach. Niestety – niewiele można na to poradzić, bo walka z takim zjawiskiem przypomina przysłowiowe kopanie się z koniem, a ostatecznym argumentem staje się tzw. ban, czyli usunięcie niewygodnego członka z grupy, odbierające mu dalszą możliwość merytorycznej dyskusji. Często też, niestety, w takich słownych potyczkach nie ma za grosz merytoryki, są za to osobiste wycieczki i ubliżanie, co również świadczy o poziomie rozmówcy. Bywa, że logika jest zastępowana krzykiem, a gdy kończą się pomysły na dalszą obronę swojego (zwykle błędnego) zdania, pada sakramentalne pytanie: „Czy masz na to jakieś badania?”. I owszem, niekiedy takie pytanie jest istotne, szczególnie w przypadku skomplikowanych zagadnień, takich jak choćby ból społeczny u ssaków czy też wpływ poszczególnych składników odżywczych na organizm. Jednak gdy ktoś żąda badań na to, że kot jest mięsożercą bądź że pies nie jest wilkiem, to specjaliście dosłownie opadają ręce, a wiara w ludzi spada ze schodów i ląduje gdzieś w ciemnej piwnicy.
Dodatkowym problemem jest też to, że masa porad udzielana jest anonimowo lub przez osoby, które nie używają prawdziwych danych osobowych. Kto zatem ma wziąć odpowiedzialność za negatywne skutki błędnych działań? Nie do końca świadomy konsekwencji swych czynów opiekun, który często wdraża je w dobrej wierze, bo przecież chce pomóc swojemu zwierzęciu? Czy może jednak osoba, która ich udzieliła, nie mając ku temu ani wiedzy, ani kompetencji? Absolutnie nie mam w tym miejscu zamiaru wybielać opiekuna, który też powinien przecież posiadać jakąś podstawową wiedzę o zachowaniach i potrzebach swojego zwierzęcia. Chodzi jednak o to, że ludzie mają tendencję do spychania odpowiedzialności na innych, a takie „internetowe doradztwo” daje ku temu świetną okazję. „Ja tylko skorzystałem z porady w sieci” – mówi człowiek na konsultacji behawioralnej i jest przekonany, że to zwalnia go ze wszelkich konsekwencji jego działań. A tak nie jest. I najlepszym tego przykładem jest żywa konsekwencja w postaci zwierzaka, który staje się ofiarą tego rodzaju działań.

Rola behawiorysty

Zgodnie z ogólnie przyjętą definicją, behawiorysta to osoba, która w swojej pracy zajmuje się korygowaniem zachowań zwierząt. Ale czy tylko? Gdyby tak było, oznaczałoby to, że ów specjalista przyjmuje od opiekuna informację o złym/nieprawidłowym/niewygodnym/kłopotliwym (niepotrzebne skreślić) zachowaniu zwierzęcia, a następnie je „naprawia”, powodując najlepiej, by problem magicznie zniknął. Otóż – nie jest to prawda!
W pierwszej kolejności behawiorysta musi mieć głęboką i popartą naukowo wiedzę na temat mechanizmów, które rządzą zachowaniem zwierzęcia, na temat jego potrzeb, emocji i sposobów reagowania, musi dobrze znać etogram gatunku, z którym pracuje, a także zdawać sobie sprawę z szerokiego katalogu zaburzeń, ich objawów i konsekwencji.
W drugim etapie powinien ocenić, czy zgłoszone przez klienta zachowanie w ogóle jest zaburzeniem. Bardzo często zdarza się bowiem, że to, co przeszkadza ludziom, jest naturalnym, instynktownym zachowaniem zwierzaka, które w żadnym wypadku nie odbiega od normy. Nie można zatem wymagać od specjalisty, by zabronił psu bycia psem, a kotu bycia kotem. To zwyczajne okrucieństwo!
W trzecim kroku rolą specjalisty jest wyjaśnienie opiekunowi nie tylko, skąd biorą się dane zachowania, ale też co zwierzę próbuje nimi wyrazić bądź uzyskać. Zrozumienie całego łańcucha reakcji jest tutaj, w mojej ocenie, kluczowe. Bez tego opiekun nadal będzie widział tylko przysłowiowy czubek góry lodowej, nie mając pojęcia, skąd biorą się konkretne reakcje jego pupila. Będzie walczył ze skutkiem, zamiast pracować nad przyczyną, a jego frustracja będzie rosła wprost proporcjonalnie do braku osiąganych efektów.
I w końcu po czwarte i najważniejsze – specjalista musi wyjaśnić opiekunowi, że to ON SAM musi pracować ze swoim zwierzakiem. Rolą zwierzęcego terapeuty nie jest bowiem wykonanie pracy za opiekuna, lecz wskazanie ścieżki, którą człowiek powinien podążać konsekwentnie, każdego kolejnego dnia. Nie mamy czarodziejskich różdżek, którymi możemy machnąć, by pies nagle przestał ciągnąć na smyczy i porzucił zjadanie śmieci, a kot wrócił grzecznie do kuwety i zaprzestał nocnego miauczenia. NIE TAK TO DZIAŁA! Nie oczekujcie więc od nas błyskawicznych rozwiązań, bo Wam ich nie damy! Szybko to można sobie napytać biedy, a nie rozwikłać często złożone problemy naszych zwierząt. Taka praca wymaga zaangażowania, konsekwencji i cierpliwości. Bez tego nic się nie zmieni.

Człowiek o tysiącu talentów

Wspominałam już, że w tym fachu łączy się ze sobą wiele elementów: podstawy medyczne, wiedzę o zachowaniu i reakcjach, a także często zalecenia dietetyczne i suplementacyjne, ważne dla utrzymania odpowiedniej kondycji pacjenta. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że koci behawiorysta musi być także:

  • architektem przestrzeni – gdy trzeba odpowiednio przeorganizować domową przestrzeń tak, by zapewnić kotu właściwy dostęp do kluczowych zasobów,
  • ogrodnikiem – kiedy pomagamy opiekunom w doborze roślin lub wskazujemy te mogące stanowić dla kota zagrożenie,
  • budowlańcem – kiedy przychodzi nam projektować woliery i wybiegi, doradzać przy montażu zabezpieczeń na oknach i balkonach lub pomagać w konstruowaniu tymczasowych drzwi do rozdzielania zwierzaków i pracy socjalizacyjnej,
  • tłumaczem – gdy tłumaczymy „z kociego na ludzki”, ale też gdy musimy znaleźć wspólny język z różnymi członkami rodziny,
  • logistykiem – gdy wyjaśniamy opiekunom, skąd zamawiać rzeczy dla zwierzaka, co warto kupować, a czego nie,
  • animatorem – kiedy musimy uczyć ludzi właściwych zabaw z ich zwierzętami, organizować im wspólne zajęcia i pokazywać krok po kroku, jak buduje się relacje,
  • rozjemcą i mediatorem – kiedy okazuje się, że problemy ze zwierzakiem doprowadzają do sporów pomiędzy ludźmi, a tymczasem wspólny front domowników w terapii behawioralnej zwierzęcia to często podstawa, bez której nie ma sensu nawet zaczynać pracy,
  • pisarzem – gdy formułujemy zalecenia behawioralne po spotkaniu i musimy ująć je tak, by opiekun otrzymał proste i czytelne wskazówki dotyczące dalszych działań,
  • psychologiem – który często pociesza, ale też w innym momencie wskazuje winnych, by dzięki temu uświadomić pewne mechanizmy panujące w zwierzęcym domu. Bo bez zrozumienia podłoża problemu nie ma szans na jego poprawę.

Pomimo konieczności posiadania tak szerokich kompetencji wiele osób wciąż jest zszokowanych, że behawioryści za swoją pracę pobierają opłaty i to, zdaniem niektórych, niemałe. Prawda jest jednak taka, że nasza praca to nie tylko to, co klient widzi, a więc 2–3 godziny spędzone z nim i jego pupilem. To także lata nauki i poszerzania wiedzy, to czas spędzony na analizie przypadku, czytaniu wyników badań, dobieraniu rozwiązań i formułowaniu ich w postaci pisemnych opinii, to również dojazd na miejsce i powrót, które pochłaniają czas, paliwo i energię. Całe to tło często umyka, co nie znaczy, że go nie ma. W takiej sytuacji krótka darmowa porada z internetu, napisana przez losową osobę, wydaje się być kusząca. Ale czy będzie równie skuteczna i kompleksowa jak pełnowymiarowa konsultacja? Najczęściej nie.

Kiedy przychodzi wypalenie?

To bardzo indywidualna kwestia, jednak muszę przyznać, że – obracając się w środowisku behawioralnym od blisko 10 lat – nie przypominam sobie nikogo, spośród moich „zawodowych” znajomych, kto nie powiedziałby w którymś momencie: „mam tego dość”. Powodów jest wiele, a te, które przedstawię poniżej, to moja subiektywna lista, z pewnością niewyczerpująca tematu:

  • Powtarzanie w kółko tego samego – to chyba najpowszechniejszy problem. Wracanie 1000 razy od nowa do tych samych zagadnień, tłumaczenie po raz milionowy, że zakładamy siatki na okna, że nie podajemy mleka ani resztek z obiadu, że nie bawimy się ręką, że nie krzyczymy na zwierzę, nie pryskamy kota wodą, a psu nie wkładamy nosa w odchody. I najgorsze nie jest nawet samo powtarzanie, lecz to, że elementarna wiedza, która w naszych głowach jest ugruntowana jak alfabet, okazuje się wcale nie być powszechna! To jest autentycznie przerażające.
  • Kłamstwa opiekunów – niestety, ludzie kłamią. Oszukują, mataczą, próbują się wybielać. Często nawet okłamują siebie nawzajem, w obrębie rodzin czy związków. Wiedzą, że ich zachowanie jest złe, a mimo wszystko to robią. Dlatego też wydobycie prawdy bywa szalenie trudne. A bez dostępu do prawdziwej historii zwierzęcia nie da się mu pomóc.
  • Walka z uporem – opiekun, który mówi „nigdy nie zgodzę się na to czy tamto!”, to sytuacja, która stawia sp...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań czasopisma "Animal Expert"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych numerów czasopisma w wersji elektronicznej
  • Zniżki na konferencje i szkolenia
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy