Dołącz do czytelników
Brak wyników

Profilaktyka zdrowotna i diagnostyka

27 listopada 2018

NR 8 (Listopad 2018)

Kot domowy – wypuszczać czy nie?

0 353

Zwolennicy wypuszczania i niewypuszczania kotów bez nadzoru to dwie frakcje kociego świata, obie niechętne sobie jak ogień i woda. Nie ukrywam, że w swojej praktyce zdecydowanie identyfikuję się z drugą grupą opiekunów, kładąc spory nacisk zarówno na kwestie bezpieczeństwa kota, jak i na ubogacanie jego środowiska. Uważam bowiem, że kot niewychodzący może być szczęśliwy. Wymaga to jednak sporego wkładu ze strony człowieka.

Tym razem, wyjątkowo, chciałabym zacząć od podzielenia się moimi prywatnymi doświadczeniami dotyczącymi konieczności wypuszczania kotów – bądź jej braku. Z kotami jako gatunkiem mam bezpośrednią styczność od 17 lat. Swoją praktykę jako behawiorystka prowadzę od 2012 r., natomiast od 2009 r. przez kolejnych siedem lat byłam wolontariuszką kociej fundacji, prowadzącą dom tymczasowy. W trakcie tej działalności spod mojej bezpośredniej kurateli trafiło do adopcji ponad 250 kotów w różnym wieku i z bardzo odmiennymi historiami. Spośród zwierząt, które zamieszkały w nowej rodzinie jako kot domowy, żadne nie musiało być kotem wychodzącym, a umowy adopcyjne, które podpisywałam jako przedstawiciel organizacji, zabraniały wypuszczania zwierzęcia na tereny otwarte bez nadzoru.
Decyzja o wydawaniu kotów wyłącznie do tzw. domów niewychodzących nie była podyktowana jakąś formą egoizmu czy chęcią ograniczania swobód i potrzeb tych kotów. Argumenty, które za tym stały, dotyczyły wyłącznie bezpieczeństwa, ochrony przed zagrożeniami, kwestii związanych z odpowiednią opieką oraz zagadnień natury medycznej (część z tych zwierząt obciążona była różnego rodzaju schorzeniami, których nabawiły się, zanim trafiły pod moją tymczasową opiekę). Wszystkie adoptowane koty były równocześnie zwierzętami zsocjalizowanymi, chętnymi do kontaktów z człowiekiem (choć nie zawsze to zainteresowanie przenosiło się również na budowanie więzi z innymi zwierzętami) i nastawionymi na interakcję. Mimo że część z nich wcześniej żyła na zewnątrz, była odławiana interwencyjnie czy też zgłaszana przez ludzi jako koty „uliczne”, żadne z nich nie tylko nie wymagało w późniejszym okresie wypuszczania luzem, bez kontroli opiekuna (choć część zwierząt nadal chętnie odbywała spacery w szelkach na zasadzie środowiskowego urozmaicenia), ale też się go nie domagało. Z tego powodu, gdy ktoś mówi mi, że domowego kota „nie da się nie wypuszczać”, od razu w mojej głowie pojawia się pytanie: „A jakich metod próbowałeś, by przepracować ten problem?”.

Koty, których nie utrzymasz w domu

W tym miejscu warto wyjaśnić pewną fundamentalną kwestię: są takie koty, które nigdy w domu mieszkać nie będą, nie znajdą szczęścia na miękkich poduszkach i w cieple kominka. Mam tu na myśli koty środowiskowe – zwierzęta niezsocjalizowane z ludźmi, żyjące z boku, jedynie w naszym sąsiedztwie, a nie z nami. Takim zwierzętom poświęciłam m.in. wpis na moim blogu, zatytułowany Nie uszczęśliwiaj kota na siłę – tłumaczę w nim dość obszernie, że trzymanie kota nieoswojonego w domu wbrew jego woli pociąga za sobą wiele bardzo negatywnych skutków – od problemów natury psychicznej (stres, napięcie, dyskomfort, ograniczanie osobniczych potrzeb), aż po konsekwencje zdrowotne (zaburzenia w postaci nadmiernej pielęgnacji skóry i sierści, prowadzące do ran i nadkażeń, problemy z trawieniem i wydalaniem czy też choroby pęcherza moczowego).
Koty dzikie, wolno żyjące czy niezsocjalizowane zwierzęta miejskie to zazwyczaj kiepski materiał na przyjaznego i lubiącego pieszczoty domownika. W takich przypadkach najlepiej zadbać o ich zdrowie poprzez kastrację, szczepienia i regularne odrobaczania oraz dobrą, jak najzdrowszą dietę. Zdarza się, że przy regularnym obcowaniu z tym samym człowiekiem (np. podczas karmienia) zwierzak przełamuje w sobie niechęć do kontaktu i postanawia rozwinąć więź społeczną ze swoim dochodzącym „opiekunem”. Nie oznacza to jednak, że taki kot automatycznie nadaje się do zabrania do domu i przekazania w kolejne ręce. Zdarzają się zwierzęta, które tolerują w swoim otoczeniu konkretne osoby, jednak z obcymi relacji nie nawiązują.
I takie koty do domowego życia się nie nadają. Nie należy jednak tej reguły rozciągać na wszystkich przedstawicieli tego gatunku.

Rysunek Kampanii „Kot w Dom”

Zagrożenia dla kota wychodzącego

To temat rzeka. W telegraficznym skrócie ujmę go tak: nie istnieje coś takiego jak „bezpieczna okolica” dla poruszającego się bez kontroli domowego kota. Zagrożeń jest bez liku i można o nich przeczytać w bardzo wielu miejscach. Wylicza je m.in. Klaudia Syzdek, studentka psychologii i autorka bloga Gnome Household, którego część poświęciła kocim zagadnieniom. Jako zwyczajny koci opiekun wymienia tam elementy zagrażające wypuszczanym samopas pupilom. Według niej są to: 

  • wszechobecny ruch samochodowy,
  • przywłaszczenie sobie zwierzaka przez obce osoby, 
  • okaleczenie/skatowanie kota przez pozbawionych empatii zwyrodnialców, 
  • niechciana ciąża u niekastrowanych kotek czy też powiększanie populacji przez niekastrowane kocury, 
  • choroby (zwłaszcza kotów młodych i nieszczepionych),
  • zagrożenie pasożytnicze (pomimo odrobaczania). 

Dodałabym do tej listy jeszcze elementy, takie jak:

  • wchodzenie w konflikty z innymi zwierzętami właścicielskimi (czego efektem potrafią być poważne problemy behawioralne, z którymi spotykam się w swojej praktyce zawodowej, jeśli do kota mieszkającego w domu nagle zaczyna „wpadać z wizytą” taki okoliczny koci włóczęga);
  • narażenie na kontakt ze zwierzętami dzikimi – w ciągu ostatniego miesiąca czytałam w sieci kilka opisów ataku lisów na koty wychodzące, do których dochodziło w środowisku stricte miejskim; znam też kilka przypadków zabicia kotów przez ptaki drapieżne czy poważnego pogryzienia w wyniku prowadzenia walk choćby z kunami;
  • zagrożenie związane z powieszeniem się/utknięciem kota w przestrzeni, z której nie jest w stanie się wydostać;
  • zatrucia w wyniku upolowania i zjedzenia już zatrutej ofiary – niestety, wśród kocich opiekunów wciąż krąży mit, że „kot zatrutej myszy nie zje”; ze smutkiem stwierdzam, że praktyka lekarzy weterynarii wskazuje na coś innego.

Oczywiście, wypisane powyżej przypadki nie wyczerpują listy zagrożeń, jednak dają pewien ogląd na to, jak różnorodne mogą one być i jak bardzo mogą kota zaskoczyć. I choć jest on zwierzakiem bardzo sprytnym i zwinnym, z dużą zdolnością adaptacji do zewnętrznych warunków, to jednak zmiany następujące we współczesnym świecie są szybsze niż jego gatunkowe zdolności przystosowawcze. Czy warto zatem sprawdzać adaptację naszego zwierzaka do tych zmian, ryzykując jego zdrowiem i życiem? W mojej ocenie – zdecydowanie nie.

Kot jako zagrożenie

Jest też druga strona medalu – kiedy zagrożeniem staje się sam kot: drapieżnik i mięsożerca o nieskróconym łańcuchu łowieckim, silnym instynkcie i potrzebie pogoni, chwytania oraz zabijania (i niekoniecznie zjadania) ofiary. Dane na ten temat można przeanalizować na podstawie wielu naukowych publikacji, natomiast w ostatnim czasie coraz częściej przedostają się one na łamy prasy, która cytuje naukowców wykazujących, jak wielkim szkodnikiem dla ekosystemu jest szczególnie domowy kot wychodzący – ten, który poluje dla zabawy, ale nie zjada.
Jednym z takich cytowanych ostatnio badaczy jest doktor Peter Marra, szef Smithsonian Migratory Birds Centre znajdującego się w USA. Marra mówi wprost: Koty to cudowne, spektakularne zwierzęta domowe. Ale nie powinno się pozwalać, by swobodnie wędrowały poza domem. Zgodnie z wynikami badań nad kocimi zachowaniami łowieckimi, kot domowy zaliczany jest do grona 100 największych szkodników, odpowiadając za wyginięcie 63 gatunków zwierząt. Widać to zwłaszcza podczas obserwacji ekosystemów na wyspach, gdzie nawet niewielka grupa kotów potrafi poczynić nieodwracalne spustoszenie. Przykładem może tu być historia o kociej kolonii na wyspie Stephensa (Nowa Zelandia), która swoim polowaniem na przełomie XIX i XX wieku przyczyniła się do ostatecznego wyginięcia populacji łazika południowego. Nie jest to więc zjawisko nowe. W związku z tym w niektórych miejscach na świecie postuluje się obecnie, by zakazać nie tylko wypuszczania kotów bez nadzoru, ale wręcz tego, by po śmierci swojego obecnego pupila jego opiekun nie mógł przygarnąć kolejnego przedstawiciela tego gatunku. W mojej ocenie są to nieco zbyt daleko posunięte działania, jednak, jak tłumaczy dr Marra: „Sytuacja naprawdę wymknęła się spod kontroli”.
Szacunki liczbowe, dotyczące wpływu kotów na ekosystem, najłatwiej podać dla Stanów Zjednoczonych, bowiem dla tego obszaru dysponujemy względnie konkretnymi danymi. Wynika z nich, że żyje tam ok. 86 milionów kotów domowych, nie wiadomo jednak, ile z nich jest wypuszczanych luzem. Trudna do określenia jest też realna populacja kotów środowiskowych. Niemniej badacze szacują, że każdego roku, w wyniku kocich działań, giną nawet 4 miliardy ptaków i 22 miliardy ssaków. To ogromne liczby.
W Polsce o problemie wpływu kotów na populację ptaków i innych chronionych gatunków szerzej wypowiada się m.in. Piotr Piliczewski – ornitolog z Uniwersytetu Szczecińskiego, który w swoich wpisach na portalach społecznościowych stara się edukować kociarzy, wyjaśniając, jak zgubne skutki dla środowiska ma wypuszczanie kotów właścicielskich. Wskazuje on nie tylko na bardzo wysokie zagęszczenie kotów domowych na wspólnym obszarze (przytoczone przez niego badania nad zachowaniami łowieckimi kotów w Bristolu pokazują, że było tam 229 kotów na km2), ale też na nieskuteczność zapobiegania kociemu łowiectwu poprzez zakładanie obroży z dzwoneczk...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań czasopisma "Animal Expert"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych numerów czasopisma w wersji elektronicznej
  • Zniżki na konferencje i szkolenia
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy