Przez lata pracy z psami nauczyłam się, że przyczyna problemu rzadko bywa jedna. Owszem, wychowanie, środowisko, błędy w komunikacji z psem – wszystko to ma znaczenie. Ale jest jeszcze coś, o czym wciąż mówi się zbyt cicho. Coś, co potrafi zamienić stabilnego, pogodnego psa w kłębek napiętych nerwów – choroby odkleszczowe.
Zazwyczaj myślimy o nich w kontekście gorączki, osłabienia, czasem kulawizny. Wstępne objawy wydają się czysto fizyczne. Ale czy na pewno? Co, jeśli organizm psa – walczący z babeszjozą, boreliozą czy anaplazmozą – zaczyna odczuwać nieustanny ból, przewlekłe zmęczenie i rozdrażnienie? Czy w takim stanie można oczekiwać spokojnego, zrównoważonego zachowania?
Opiekunowie opowiadają o psach, które „nagle” przestały ufać, zaczęły reagować lękiem na dotyk lub wpadać w panikę przy drobnych bodźcach. Wtedy często zadaję im pytanie, które bywa dla nich jak zimny prysznic: „Czy kiedykolwiek badaliście swojego psa pod kątem chorób odkleszczowych?”.
Zaskoczenie na ich twarzy mówi wszystko. Większość nie łączy zachowania z biologią. A przecież emocje i ciało psa to system naczyń połączonych. Jeśli coś boli, jeśli w środku organizmu toczy się stan zapalny – psychika zawsze to odczuje. To samo dotyczy ludzi. Czy ktoś z nas potrafi być cierpliwy, kiedy od tygodni drenuje nas niewidoczna infekcja?
I tu zaczyna się sedno problemu. W świecie, gdzie dostęp do wiedzy o zachowaniu psów rośnie z miesiąca na miesiąc, wciąż zapominamy o jednym: biologia zawsze poprzedza zachowanie. A choroby odkleszczowe, podstępne i nieprzewidywalne, mogą być cichym architektem psich dramatów, które my – opiekunowie – próbujemy rozwiązać jedynie metodami treningowymi.
To jednak...